#6 może przyszłość jednak istnieje – koniec twarzy i początek włosów, czyli czoło


Tak sobie właśnie pomyślałam, że skoro projekt o planowaniu przyszłości trwa już kilka miesięcy, to może przyszedł czas na jakąś refleksję, np. powinnam powiedzieć, och, czytelnicy, teraz rozumiem o co chodzi z tym planowaniem, teraz już wiem, czym jest satysfakcja z osiągania wyznaczonego celu, ale niestety nadal nie mam o tym pojęcia.

 

Może cele, które sobie wyznaczam są za mało spektakularne? A może sama je trywializuję i opuszczam ich status z wielkiego marzenia do zwyczajnej codziennej tyrki? I przez szczegółowe rozkładanie wielkiego planu na małe planiki znów likwiduję duży kawał czasu (miesiąc) na małe kawałeczki (wieczorne mycie twarzy, codzienne łykanie supla) i przez to znów tracę z oczu przyszłość na rzecz teraźniejszości i tego jednego małego elementu, który wykonuję w teraźniejszości.

Tak było z poprzednim wyzwaniem, które skończyłam tydzień temu – poprawieniem stanu cery. Rzeczywiście udało się go poprawić, ale przyznam, że przez cały ten miesiąc nie myślałam o wspaniałym zwieńczeniu swoich wysiłków, bo jedyne na czym się skupiałam to trzymanie się codziennej rutyny.

I na zakończenie, mimo że efekty dbałości były o wiele lepsze niż się spodziewałam, nie pomyślałam sobie – omg, wero, jak to wspaniale, starałaś się cały miesiąc i teraz oto masz nagrodę i satysfakcję, tylko po prostu pomyślałam sobie – jutro też to zrobię, mimo że wyzwanie zakończone. No po prostu nie umiem się jarać. Czyli niby mogę zajmować się czymś konsekwentnie cały miesiąc, mogę to polubić, ale gdy przychodzi do zakończenia, to jest ono po prostu kolejnym mikrowydarzeniem kolejnego dnia a nie wielką, wspaniałą wiśnią na torcie.

drugie zadanie miesięczne

Uznałam, że musi być bardziej spektakularne, to może wtedy poczuję to co inni ludzie, gdy osiągają cel. Chociaż nadal nie przywykłam do myśli, że ta ekscytacja to coś potrzebnego / korzystnego, to jednak chciałabym to sprawdzić na własnej skórze.

i zadaniem tym będzie ścięcie włosów.

Właśnie sobie uświadomiłam, że robiłam to tylko jeden raz w życiu – tylko raz skróciłam włosy o więcej centymetrów niż trzy, szok. Za czasów małej dziewczynki, ojciec podcinał mi włosy (stylówka “na garnek”, a raczej “pod garnkiem”) regularnie, do czasu gdy wielkimi krokami zaczęła się zbliżać komunia, na którą wiadomo że wszystkie dziewczynki zapuszczają włosy, tak samo jak panny młode (narzeczone) przed ślubem się odchudzają.

Gdy komunijne kwiaty zwiędły, a gruby hajs z kopert zaginął na zawsze, ojciec chwycił garnek i nożyczki i znów wszystko było po staremu.

I w sumie to od czasów komunii aż do dziś teoretycznie włosy zapuszczam. Byście mogli pomyśleć, że wobec tego mam włosy do kolan, ale nie – fryzjerka mi co miesiąc podcinała zniszczone końcówki, więc niewiele się posunęłam do przodu, a bardziej dosłownie – w dół.

a teraz nastąpi wielka odmiana

Ogłaszam oficjalnie – do 8 marca skrócę włosy o co najmniej 10 cm.

Mało tego, tak pozaprogramowo i pozawyzwaniowo – zamierzam również wrócić do naturalnego koloru włosów, dlatego chcę je maksymalnie rozpędzić, żeby rosły wuchtę centymetrów na miesiąc. Na razie odrost ma już prawie dwa cm, a co będzie dalej? I jak zamierzam to osiągnąć? To chyba materiał na inny post.

Ok, to idę na poznańską grupę na fejsie szukać jakiegoś ogarniętego ścinacza włosów. Tylko żeby się nie okazało, że na wizytę trzeba czekać sześć tyg, bo się nie wyrobię!

Write a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *